DIARY OF A MADMAN
lelevina
Słówko o mnie
Wszystko, co o sobie wiemy i co myślą o nas inni, to zmyślenia...
Zobacz mój profil
Archiwum
Rok 2012
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
ściąga

magenta
magenta2
anaste
seckowaty
davidian
kadarka
duszka
czarny p.
tamirian
żuczek
sarah
riverman
prokriss
planet of the sun
kaha
iskra
kuchnia

nakijku
ataner
monizda

halabama

handmejdy
migdalowo
anita się nudzi


2010/01/25
zapraszam na:

http://madman-lelevina.blogspot.com/



2010/01/20 MASOWA MIGRACJA BLOGOWICZóW
nie da się nie zauważyć, że coś jest na rzeczy. ja osobiście, noszę się z tym zamiarem już od jakiegoś roku, ale ostatnio interia przechyliła czarę goryczy. dodawałam notkę przez cztery godziny. cztery godziny!!
w najbliższym czasie wyemigruję Madmana do nowej nory, którą zaczęłam już przygotowywać na tę okoliczność. muszę tylko jeszcze rozkminić kilka rzeczy. jak na przykład tę - jakim cudem stałam się obserwatorem swojego własnego bloga?? weźcie mnie na tortury - nie mam pojęcia! w dodatku nie mam również pojęcia jak z tego wybrnąć. po prostu klikałam przypadkowo różne podświetlone na niebiesko napisy i wyszło. ale w drugą stronę już nie chce zadziałać. ech, blondynką być... ;)

a to... Tulipany:)




UWAGA!! zmienił się adres mojego drugiego bloga!! teraz jest to:
http://madman-lelevina.blogspot.com/
za utrudnienia przepraszam.

2010/01/15 PALCEM W KEJBORDA
Jest na świecie (tym i tamtym) pięciu facetów, którzy wprawiają moje wnętrzności w drżenie, na skórze wykwita gęsia skórka, a ciarki przebiegają mnie od stóp do głów, szczególnie przyjemnie w okolicach twarzo-czaszki. A żeby było dziwniej, bez poddekstu erotycznego, za to z całkowitą, rajską niewinnością, znaną jedynie pierwszym ludziom, kiedy jeszcze mogli obcować z Bogiem. A żeby było jasne - ci faceci wprawiają mnie w absolutny stan świętej ekstazy swoimi głosami. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, zwłaszcza że dzieje się tak mnie, a niekoniecznie innym ludziom. Dlatego nie spodziewam się od Was pełnej aprobaty i klepania po główce. Zwłaszcza, że w większości przypadków sama tymi ciarkami jestem zaskoczona. Nie mam hierarchii, niech pierwszy więc będzie:

Farrokh Bulsara, znany powszechnie jako Freddie Mercury. Nie słucham Quenn na co dzień i od rana do wieczora. Raczej przypadkiem, gdzieś na mieście, u znajomych, ostatnio - w samochodzie. Co nie przeszkadza drżeniu, ciarkom i uwielbieniu. Co nie przeszkadza zastanawianiu się nad przemijalnością życia, próbami zaakceptowania siebie i wysiłkami, by inni również nas zaakceptowali. Uwielbiam tekst piosenki "Show must go on", ale moją ulubioną jest "I'm going slighty mad". Jest w niej coś groźnego, jakby pod łóżkiem, albo w szafie czaił się potwór... jakby miało nadejść coś... Teledysk do tej piosenki też jest jednym z moich ulubionych. Kojarzy mi się z Timem Burtonem - aż dziwne, że to nie on go wyreżyserował. I ten głos Freddy’ego… aż ciarki przechodzą…

Michael Buble – czyli całkowita zmiana stylistyki. Wymuskany, delikatny, bez ani jednej fałszywej nuty, ani jednego potknięcia, wręcz zbyt idealny, by mógł być prawdziwy. A jednak wywołuje ciarki. Michaela wyobrażałam sobie jako wychudzonego chłopaka, w czarnym, rozwleczonym ubraniu, walącego z zapamiętaniem w klawisze pianina – powiedzmy, że jak takiego Leonarda Cohena sześćdziesiąt lat temu. Gdy zobaczyłam tę kwadratową szczękę, pucułowate policzki i przymglony wzrok amerykańskiego chłopaczka z amerykańskiego koledżu… No cóż, widocznie moje uszy mają calkowicie inne upodobania niż reszta ciała.

Chłopcem, walącym w klawisze pianina jest za to Damon Albarn, znany np. z zespołu Blur. Ech! Taką chrypę i takie zawodzenie lubię najbardziej! Ciarki, ciarki, ciarki… Z tego powodu mało pisania, dużo śpiewania z brytyjskim akcentem:)

Z następnym Głosem mam jeszcze większą zagwozdkę, niż z Michaelem-Johnym Bravo-Buble. Bo według wszelkich upodobań słuchowych – ja tego Głosu powinnam nie dzierżyć! Owszem, lubię chrypę, ale raczej w stylu przywołanego tu już Leonarda, tudzież Iggy Popa. Lubię zaśpiew wydobywany ze ściśniętego gardła, ale raczej w stylu Toma Waitsa. A tu proszę, ciarki hasają po moim ciele za sprawą niejakiego Calleba Followilla z Kings of Leon. „Sex on fire” nie jest moją ulubioną piosenką, właściwie lubię ją tylko nieco bardziej, niż całkowicie nie lubiany przeze mnie „Use somebody”. Jednak w „sex on fire”, Calleb wycharkuje z siebie przy okazji refrenu przepiękne „jeeeeeeooohooo”, za sprawą którego po prostu odlatuję.

Wreszcie ostatni Głos, najważniejszy dla mnie. Głos, od którego zaczęła się moja świadomość muzyczna i moja muzyczna nirwana. Od którego zaczęło się w moim życiu… bycie sobą.
Maynard James Keenan.
To nie tylko Głos, to przede wszystkim artysta. Dziwny, pokręcony, groteskowy i straszny. Serio – podziwiam go i uważam niemal za jakąś boską emanację, ale w życiu nie chciałabym go spotkać! Wolę się napawać z bezpiecznej odległości. A napawam się wręcz obsesyjnie. Tekstami, teledyskami, muzyką. To mój Madman, takie miejsce w głowie, gdzie nie ma ani odrobiny realnego świata…

Co? Że nie ma żadnej babeczki? Że niby na głosy kobiece jestem niewrażliwa? No więc jest jeden taki szczególny głos:
lokalne ocieplenie
Zdziwieni? :)





Zobacz serwisy INTERIA.PL